Moje życie składało się z wielu podobnych do siebie dni. Te same wschody i zachody słońca, te same nieprzespane noce, te same myśl...
Wszystko szybko stawało się przeszłością, której nie chciałem pamiętać, przez chwilę będąc tylko teraźniejszością i na szczęście nigdy przyszłością. Trzy czasy mojego życia, którego nigdy nie chciałem mieć. Nie prosiłem się na ten świat, a moi rodzice, gdyby wiedzieli jaki się stanę, też by mnie nie chcieli.
Byłem uwięziony w domu, którego nienawidziłem z całego serca. Miałem rodzinę, która nie była warta funta kłaków. Byłem czystej krwi czarodziejem, za co siebie też nienawidziłem.
Wszystkie noce, które spędziłem leżąc na łóżku w moim pokoju poświęcałem rozmyślaniom. Zastanawiałem się dlaczego moi rodzice mieli takiego bzika na punkcie czystości krwi. Uważałem to po prostu za nienormalne. Grałem. Całe życie. Byłem urodzonym aktorem. Jedyną osobą, której nigdy nie umiałem oszukać była Bellatrix. Patrzyła podejrzliwie tymi swoimi czarnymi oczyma na mnie i szeptała tylko coś do Regulusa.
Stawałem się coraz bardziej obojętny na wszystko co mnie otaczało. Nie obchodziło mnie czy coś zjem, czy w pokoju było posprzątane, czy matka lub ojciec się na mnie drą. Spływało to po mnie jak woda. Wszystko zmieniło się gdy pewnego wieczoru, przy kolacji, mój ojciec rozmawiał z znajomymi. Byłem wtedy pochłonięty obserwowaniem Stoworka, który czaił się w progu salonu, dlatego też po chwili dopiero zorientowałem się, że ojciec coś do mnie mówi. Odwróciłem głowę w jego stronę przywołując na twarz zainteresowanie.
- Słucham?
- Mówiłem do ciebie – powiedział ostro pan Black.
- Przepraszam ojcze, zamyśliłem się – odpowiedziałem nie patrząc mu oczy – Co mówiłeś?
- Właśnie opowiadałem Fabianowi jak bardzo cieszysz się wstępując w szeregi Czarnego Pana – powiedział świdrując mnie wzrokiem i akcentując ostatnie cztery słowa.
Moja twarz nie wyrażała niczego. Po tylu latach mieszkania w pod jednym dachem z moją matka nauczyłem się perfekcyjnie panować nad swoimi emocjami.
- Ach tak – powiedziałem ozięble.
- Masz tylko tyle do powiedzenia na ten temat? – zagrzmiała matka.
- Daj spokój chłopakowi – powiedział pan Lestange – Dobrze, że jest taki skromny.
Więcej nie poruszyli tego tematu.
- Przepraszam, muszę wyjść – powiedziałem nagle wstając.
Nie czekając na reakcję rodziców i gości wstałem od stołu i wyszedłem z domu. Zimny wiatr rozwiał mi włosy i łzy cisnące się do oczu. Chciałem krzyczeć, wrzeszczeć, drzeć się w niebogłosy żeby sam Bóg mógł mnie usłyszeć. W akcie bezsilnej złości kopnąłem z całe siły kosz na śmieci stojący na rogu ulicy. Potoczył się kilka dobrych metrów zatrzymując się na jakiejś latarni. Szedłem przed siebie nie zwracając uwagi gdzie i po co. Nogi niosły mnie obok kolorowych wystaw sklepowych i otwartych drzwi pubów. Złość burzyła się w żyłach jak jad, wnikając coraz głębiej i głębiej aż do samego serca. Byłem zły. Nie z samego faktu, że ojciec podejmował za mnie jakieś decyzje, tylko dlatego, że chciał wmusić we mnie swoje myślenie. Chciał zrobić ze mnie godnego, w jego mniemaniu, członka rodziny aby zapomniano, że trafiłem do Griffindoru, plamiąc tym samym honor rodziny. W tym momencie byłem zdolny do wszystkiego. W akcie kompletnej desperacji mogłem nawet kogoś zaatakować. Byłoby to nawet na rękę. Mógłbym wtedy wyładować na kimś moją złość.
Robiło się coraz to zimniej. W pobliżu Tamizy unosiła się gęsta mgła. Wściekłość nie pozwalała normalnie myśleć. Złość i bezsilność jeszcze bardziej wzrosła. Usiadłem na ziemi opierając się plecami i zimny murek. Postanowiłem się uspokoić. Dłużej tak nie może być. Trzeba z tym skończyć. Czy będę miał dość odwagi aby powiedzieć to ojcu? Nie wiem czemu ale do tej pory nigdy nie mówiłem rodzicom swojego zdania. Widzieli tylko moją obojętność. Wiedzieli, że nie chcę być taki jak oni.
Nagle obok mnie pojawił się jakiś mężczyzna. Był brudny i ubrany w jakieś potargane łachy.
- Mogę się przysiąść? – zapytał ochryple.
- Jasne.
Milczeliśmy. O czym mogliśmy też rozmawiać? Chłopak z szanowanego domu i żebrak.
- Wiesz... – powiedział nieznajomy – Kiedyś byłem taki jak ty. Siedziałem pod tym samym murem w podobnych ciuchach i byłem wściekły na cały świat.
Zdziwiłem się.
- Skąd wiem? – spytał a na jego twarzy zagościł lekki uśmiech – Bo to widać na pierwszy rzut oka. Jesteś wściekły, bo nie chcesz zrobić czegoś, ale jesteś do tego zmuszony.
Oczy rozszerzyły mi się jeszcze bardziej ze zdziwienia.
- Skąd o tym wiesz?
- Bo zachowywałem się dokładnie tak, jak ty. Nie chciałem zrobić czegoś co wymagała ode mnie rodzina. Wyrzucili mnie z domu...
Poczułem się jakoś lepiej. Jednak był na świecie ktoś, kto wiedział jak się czuję. Jakaś niewyobrażalna siła pchała mnie do przodu dodając jakoś w tym momencie odwagi. Rozsadzała mnie od wewnątrz i przyprawiała o szybsze bicie serca.
– Jak się nazywasz?
- Syriusz Black.
- Walcz chłopcze – szepnął nagle – Nie poddaj się tak, jak ja to zrobiłem. Walcz! Nie popełnij tego samego błędu co ja...
Powoli wstał i niespiesznie poczłapał w stronę ciemej uliczki. Odprowadziłem go wzrokiem. Wtedy uciekłem. Wiem, zachowałem się jak ostatni gówniarz. Ale nie potrafiłem tam zostać. Brzeg Tamizy, bez żadnej żywej duszy obok, wydawał mi się niebezpieczny i złowrogi. Pobiegłem. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu i wykrzyczeć moją wściekłość ojcu prosto w twarz.
Gdy wszedłem do domu, ruszyłem zaraz na piętro. Spotkałam Regulusa.
- Gdzie byłeś? – spytał – Rodzice się martwili...
Zacząłem się śmiać. Brat wydawał się urażony, ale miałem to gdzieś.
- Naprawdę jesteś taki naiwny?
Potem przyszedł ojciec i zaczął na mnie krzyczeć. Gdy skończył powiedziałem mu, co o tym wszystkim myślę. O jego mani na punkcie czystości krwi, o jego głupim gadaniu, spotkaniach ze znajomymi, etykiecie, manierach i poglądach, o rodzinie, matce, pozorach i fałszu. Stał oniemiały. Korzystając z okazji wszedłem szybko do mojego pokoju i spakowałem kufer. Ktoś zaczął łomotać w drzwi.
- Otwieraj ty mały darmozjadzie!! – darł się mój ojciec, jednak nie mógł otworzyć drzwi. Nie na darmo nazywają mnie Huncwotem.
Omiotłem jeszcze wzrokiem pokój. Wszystko spakowane. Otworzyłem z rozmachem drzwi uderzając przy tym Regulusa i ojca. Wycelowałem w nich różdżką.
- Nie zbliżaj się – wycedziłem – Nie jesteś moim ojcem.
- Wydziedziczymy cię – szepnął mój rodziciel sapiąc wściekle; jego pierś wznosiła się i opadała gwałtownie.
- To sobie wydziedziczajcie – rzuciłem jeszcze przez ramię – Mam was w głębokim poważaniu.
Zszedłem na dół mijając w drzwiach kuchni oniemiałą matkę. Chyba pierwszy raz w swoim życiu nie zdobyła się na jakąś uwagę. Po chwili maszerowałem z kufrem w stronę Dziurawego Kotła. Po drodze porozmawiałem z Jamesem przez nasze dwukierunkowe lusterka i wyjaśniłem sprawę. Po chwili przy mnie znalazł się pan Potter i teleportowaliśmy się do ich domu.
Potem było wyjaśnianie całej sprawy, choroba Klio, jej śmierć, pogrzeb, wspólne mieszkanie, wypadek Jamesa i masę nieistotnych spraw.
Dopiero wtedy poczułem się pierwszy raz w życiu wolny. Pomimo tylu smutnych wspomnień czułem się szczęśliwy i nareszcie mogłem robić, myśleć i mówić, co chciałem. Nauczyłem się wielu rzeczy. Nauczyłem się cieszyć z życia i korzystać z niego w pełni. Jednak moja obojętność na różne sprawy dalej pozostała. To nawyk, część moje charakteru i sposób bycia. Ale dopiero teraz wiem, co to znaczy żyć i być szczęśliwym. Razem z przyjaciółmi...
Dila